Posadzone i zjedzone

niedziela, 30 listopada 2014

Gotowany kurczak z ananasem, curry i mleczkiem kokosowym


Jesteśmy w samym środku naszych rodzinnych uroczystości imieninowo-urodzinowych. Listopad i grudzień, to miesiące, kiedy te imprezy się kumulują i przechodzą płynnie w Boże Narodzenie. Ale o tym już chyba kiedyś pisałam :)
Właśnie pożegnaliśmy rodzinę po kolejnym miłym spotkaniu.
Przez 4 dni od dzisiaj będę Wam prezentować co takiego przygotowałam na tą mijającą już niedzielę. Zdjęcia są robione w biegu, bo rozkładanie całego studia, gdy goście stoją w drzwiach nie wchodzi w grę :)
Wszyscy członkowie naszej najbliższej rodziny jedzą mięso, więc zawsze robię dwa dania mięsne. Piekę też dwa ciasta.
Dzisiaj, na pierwszy ogień idzie pyszny gotowany kurczak. Przyprawa curry i mleczko kokosowe sprawiają, że jest to jedno z moich ulubionych dań.
Oprócz tego jest szybkie i wygodne, bo łatwe do podgrzania. Istotna uwaga - ten kurczak jest naprawdę lekki - gotowany. Nawet nie widział patelni :)

A oto co jeszcze przygotowałam:
tarta bakewell
Klopsiki Nigelli z tartym serem w sosie pomidorowym
Placek czeski

Gotowany kurczak z ananasem, curry i mleczkiem kokosowym
6-8 porcji

3 pojedyncze piersi z kurczaka
2 szkl. bulionu z kury
1 puszka ananasów (580g)
2 łyżeczki curry w proszku
1/2 szkl. mleczka kokosowego
1,5-2  łyżki mąki
sól do smaku

Całe piersi z kurczaka ugotować w bulionie. Gotować 15 minut. Wyjąć łyżką cedzakową i trochę wystudzić. Zachować 1 szkl bulionu. Resztę zużyć np. do zupy. Gdy kurczak będzie na tyle wystudzony, że nie będzie parzyć rąk, pokroić go w kostkę.
Do bulionu wsypać curry w proszku, cały sok z ananasów z puszki i  wrzucić kurczaka. Gotować 3-4 minuty na małym ogniu. Po tym czasie wrzucić pokrojone na kawałki ananasy. Mleczko kokosowe wymieszać z mąką i również dodać do garnka. Wszystko zagotować i gotować przez 1 minutę. Jak trzeba, to doprawić solą.

Posypać natką pietruszki i podawać z ryżem basmati.

sobota, 29 listopada 2014

Shortbreads


Ciasteczka shortbreads piekłam już kilkakrotnie, za każdym razem z innego przepisu. Smakowały każde. Jedne były z dodatkiem mąki kukurydzianej, inne z dodatkiem mąki ryżowej, a te dzisiejsze zawierają tylko cztery składniki i są  najbardziej maślanymi ciasteczkami shortbreads jakie jadłam do tej pory. Przepis zaczerpnęłam (jak już kilka innych przepisów) ze strony Joy of baking. Fotel, dwa ciasteczka, filiżanka herbaty i żaden mróz wtedy nie jest straszny!

Shortbreads

2 szkl. mąki tortowej
226 g miękkiego masła
60 g cukru pudru
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Masło ubić na krem, dodać cukier i ubić na puszystą masę. Wmieszać wanilię. Wsypać mąkę i szybko zagnieść ciasto. Można pomóc sobie mikserem, a później wyjąć ciasto na blat i ręcznie skleić je w kulę. Kulę następnie spłaszczyć do około 2 cm, zawinąć w folię i włożyć do lodówki na 1 godz.
Piekarnik nastawić na 175°C.
Ciasto wyjąć z lodówki, rozwałkować do grubości 6 mm i wycinać foremką lub małą szklanką ciasteczka. Przed włożeniem ich do piekarnika należy je schłodzić przez 20 minut w lodówce. Wtedy będą ładnie trzymały swój kształt.
Układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia i piec przez 8-10 minut uważając, aby się nie zarumieniły.
Studzić na metalowej kratce.




piątek, 28 listopada 2014

Kolacja dla dzieci - twarożek ze śmietaną i cukrem


Co dla dzieci na kolację?
Kolacja, to posiłek, na którego przygotowanie mogę poświęcić więcej czasu niż na śniadanie.
Zwykle rano mój syn jada przygotowane na szybko słodkie płatki lub muesli z pokrojonym bananem i mlekiem. Latem dolewam zimnego mleka lub jogurtu naturalnego, a zimą zawsze podgrzewam mleko.
Ale za to kolacje wyglądają bardzo różnie, nie są tak monotonne jak śniadania. Staram się każdego dnia przygotować coś innego, choć gdy nic mi nie przychodzi do głowy, robię tradycyjne kanapki - ser, szynka, ogórek lub pomidor.
Czasem jest to zupa, która została z obiadu, czasem podsmażone na chrupko ziemniaki i kalafior. Często robię też jajka na miękko lub kaszkę manną z jabłkiem startym na tarce.
Ale jest coś, co moje dziecko wręcz uwielbia - twarożek z kwaśną gęstą śmietaną, posypany cukrem. Do tego kawałek domowego chleba z masłem i kubek rumianku lub mięty.
Twarożek, którym ostatnio się zachwycam, to twarożek śmietankowy ze Strzałkowa, dostępny w moim osiedlowym warzywniaku.
Zapraszam na ulubioną kolację mojego syna :)

Kolacja dla dzieci - twarożek ze śmietaną i cukrem

około 100 g twarożku śmietankowego
2-3 łyżki gęstej, kwaśnej śmietany 18%
cukier do posypania - do smaku

Twarożek rozdrobnić widelcem w miseczce, polać śmietaną i posypać cukrem.

Gotowe!


czwartek, 27 listopada 2014

Rolada kokosowo-kakaowa


Choć ta rolada kokosowo-kakaowa popularna była w latach osiemdziesiątych, ja poznałam ją niedawno. To taki deser retro wywołujący niejedno wspomnienie wielu dzisiejszych trzydziesto-paro-latków.
Bez pieczenia, bez jajek, bez mąki, za to z dodatkiem kruchych herbatników. Miesza się je z kakao, masłem i cukrem. Można je pokruszyć całkowicie na pył, lub tak jak ja tym razem, zostawić większe kawałeczki. Rolada zyska w ten sposób dodatkowy wzorek. Robi się ją błyskawicznie. Najwięcej czasu pochłania schładzanie jej w lodówce, aby dobrze się kroiła.

Rolada kokosowo-kakaowa

ciemna część:
4 łyżki kakao
½ szkl. wody
½ szkl. zwykłego cukru
50 g masła
300 g ciasteczek – herbatników

jasna część:
150 g masła
½ szkl. cukru pudru
100 g wiórków kokosowych

ciemna część:
Ciasteczka pokruszyć wałkiem lub tłuczkiem na drobne kawałeczki lub do postaci małych okruszków. Kakao, wodę, cukier i masło włożyć do rondelka i zagotować. Wystudzić i wymieszać z ciasteczkami.
jasna część:
masło utrzeć na puch z cukrem pudrem i dodać wiórki kokosowe.

Na blacie położyć arkusz papieru do pieczenia. Gotową ciemną część deseru rozłożyć na papierze mniej więcej na kształt prostokąta o grubości 1 cm. Na to rozłożyć jasną część. Pomagając sobie papierem do pieczenia zwinąć deser w roladę, owinąć papierem do pieczenia, na którym formowaliśmy roladę i wstawić do lodówki na parę godzin do stężenia.










środa, 26 listopada 2014

Gofry drożdżowe


Moja gofrownica kupiona okazyjnie za 29 zł jako towar powystawowy, upiekła nam najlepsze gofry na świecie!
Dopóki nie spróbowałam gofrów drożdżowych, nie sądziłam, że mogą one być aż tak pyszne! Przepisy, z których robiłam gofry na proszku do pieczenia schowam teraz głęboko do szuflady.
Ten przepis Małgosimi jest dla mnie idealny. Nie tylko ze względu na smak gofrów (ciasto drożdżowe wyrastające w chłodzie bardzo szlachetnieje), ale również przez tą wygodę, jaką daje podzielenie pracy na dwa etapy. Wieczorem mieszam składniki, wkładam miskę do lodówki, a rano piekę gofry.
To wspaniałe niedzielne śniadanie. Dom pachnie ciastem drożdżowym z wanilią, co w połączeniu ze świeżo parzoną poranną kawą sprawia, że największe nawet śpiochy wyskakują z łóżek i z piskiem opon parkują w piżamach przy stole.
Radzę od razu zrobić podwójną porcję!

Gofry drożdżowe
przepis z CinCin Małgosimi (moje zmiany w nawiasach)
około 5 sztuk

3/4 szklanki mleka
4 łyżki masła (ilość przed rozpuszczeniem)
1 szklanka przesianej mąki (użyłam tortowej)
1 łyżeczka cukru wanilinowego ( dałam naturalny ekstrakt - 1 łyżeczkę)
szczypta soli
2/3 łyżeczki drożdży instant
1 duże jajko


Rozpuścić masło w mleku na małym ogniu - ma być letnie, żeby nie zabiło drożdży. Wymieszać suche składniki. Ubić trzepaczką z mlekiem. Dodać roztrzepane jajko, jeszcze raz ubić do dobrego połączenia składników. Przykryć folią, wstawić do lodówki na noc (12-24 h).
Gofrownicę rozgrzać, posmarować cienko olejem i piec gofry do uzyskania złotobrązowego koloru. Studzić na kratce kuchennej.
Podawać z cukrem pudrem, bitą śmietaną lub dżemem.






wtorek, 25 listopada 2014

Świąteczny keks z bakaliowym lukrem


Keks, to jedno z ciast Wielkiej Bożonarodzeniowej Trójki.
Razem z piernikiem i makowcem tworzą ten słodki niepowtarzalny nastrój.
Ten dzisiejszy keks upiekłam w babkowej foremce z falbanką, ponieważ nie jest to duże ciasto. Będzie też pasowało do krótkiej keksówki długości 18 cm.
Pierwszy raz użyłam mąki typ 500 (czyli jak najbardziej ciastowej:)) prosto z oliwskiego młyna. Kupuję tam od dawna mąkę żytnią razową, pszenną razową i chlebową do wypieku chleba.
Ta jasna mąka będzie teraz  składnikiem wszystkich moich ciast, bo spisała się doskonale.
Zapraszam więc na pyszny keks, którego wielką zaletą jest lukier z zatopionymi w nim bakaliami :)
Aby keks nie wyszedł zbyt suchy, trzeba go piec w temperaturze 160°C przez 55-60 minut i sprawdzić patyczkiem czy jest upieczone tuż przed upływem czasu. Nie używamy termoobiegu. Tylko grzałka góra dół.

Świąteczny keks z bakaliowym lukrem
mała foremka babkowa lub keksówka długości 18 cm

Ciasto:
10 dkg cukru
3 jajka (żółtka i białka osobno)
10 dkg miękkiego masła
10 dkg mąki pszennej tortowej, krupczatki, wrocławskiej (lub takiej jaką zwykle używamy)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
50 g rodzynek
50 g suszonej żurawiny
25 g posiekanych orzechów włoskich

Lukier:
0,5 szkl. cukru pudru
2 łyżki wrzątku
1 łyżka rodzynek
1 łyżka posiekanej suszonej żurawiny
1 łyżka posiekanych orzechów włoskich

Ciasto:
Formę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą. Żółtka z cukrem utrzeć na puszysty kogel-mogel. Dodawać partiami masło i utrzeć na gładką masę. Dodać bakalie i krótko zmiksować. Przesiać mąkę z proszkiem i utrzeć na najniższych obrotach miksera lub łyżką tylko do połączenia się składników. Na końcu delikatnie wmieszać ubitą ze szczyptą soli pianę z białek. Ciasto przełożyć do foremki i piec około 40 min w temp. 160°C 55-60 minut. Wystudzić, wyjąć na kratkę kuchenną i polukrować.

Lukier:
Cukier w kubku lub garnuszku zalać 2 łyżkami wrzątku i dokładnie wymieszać łyżką. Dodać bakalie i wymieszać. Rozsmarować lukier grzbietem łyżki lub nożem po cieście.




niedziela, 23 listopada 2014

Domowa pasztetowa pieczona


Domowe wędliny są idealnym dopełnieniem domowego chleba, który coraz częściej gości na polskich stołach. Im bardziej zagłębiam się w temat domowych wędlin, tym, siłą rzeczy, coraz lepiej poznaję tajniki ich produkcji i staram się je upraszczać do granic możliwości, tak, aby smak na tym nie ucierpiał.
Dzisiaj podzielę się recepturą na domową pasztetową. To jest jakby połączenie pasztetu z pasztetową ;). Moim zdaniem ma więcej wspólnego z pasztetową i dlatego tak ją nazwałam :)
To wędlina  idealna dla tych, którzy:

- pracują i nie mają czasu na długogodzinne sesje z garami
- mają maszynkę do mięsa
- nie mają czasu albo możliwości szukania w sklepach osłonek poliamidowych lub jelit naturalnych
- nie mają dużego garnka do pasteryzowania lub parzenia kiełbasy
- wyznają zasadę „chciałabym, ale się boję”  - to przepis specjalnie dla Was!
- chcą dla swoich rodzin czegoś zdrowszego niż sklepowa pasztetowa

Ta, którą prezentuję dzisiaj jest naprawdę pyszna. Aromatyczna, a jednocześnie delikatna. Po schłodzeniu w lodówce dobrze się kroi na plastry, lecz jest na tyle miękka,  że można ją też rozsmarowywać na kanapce, jeśli ktoś woli tą wersję.
Polecam bardzo bardzo!

Domowa pasztetowa pieczona
3 średnie sztuki

500 g mielonej wieprzowiny*
250 g słoniny w kawałku
250 g wątróbki drobiowej
2 średnie cebule
2 łyżki oleju
1,5 szkl wody
0,5 szkl. kaszy mannej
4 ziarenka ziela angielskiego
2 liście laurowe
1 płaska łyżka soli
1/2 łyżeczki suszonego majeranku
pieprz do smaku (ja dałam 10 obrotów młynka)

oraz:
maszynka do mielenia mięsa
nieduża blaszka (moja miała wymiary mierzone po dnie: 18 x 24 cm)
3 arkusze papieru do pieczenia
sznurek bawełniany do mięs (ja swój kupiłam w osiedlowej pasmanterii)

Zaczynamy od wątróbki.
Wątróbkę oczyścić i pokroić  na mniejsze kawałki. Cebule pokroić w piórka. Od słoniny odkroić pasek około 1 cm grubości i pokroić go w kostkę. Rozgrzać olej na patelni, dodać cebule z wątróbką, słoninę i usmażyć na rumiano. Odstawić do wystygnięcia.
W małym garnku z pokrywką  zagotować wodę z zielem angielskim i liśćmi laurowymi. Zmniejszyć moc palnika do minimum i pod przykryciem gotować 10 minut, aż woda nasiąknie aromatem przypraw. Po 10 minutach przecedzić wywar (powinno go być 250 ml - jeśli tyle nie ma, dolać wody) i do takiego gorącego / ciepłego wywaru dosypać kaszę manną. Wymieszać.
W maszynce do mięsa zmielić jeszcze raz kupne mielone mięso (jeśli mielimy sami, należy to zrobić dwukrotnie), usmażoną wątróbkę i resztę słoniny. Do otrzymanej masy dodać namoczoną kaszę manną, sól, pieprz i majeranek. Dobrze wymieszać, aby powstała gładka masa. Naczynie z masą przykryć i włożyć na 1 godzinę do lodówki do stężenia.
Piekarnik nagrzać do 200°C.
Masę podzielić na trzy części. Każdą część ułożyć na arkuszu papieru do pieczenia (około 3 cm od brzegu) i zawinąć w dość ciasny rulon. Wolne końce rulonu ciasno zwinąć i zawiązać bawełnianym sznurkiem. Ułożyć na blasze. Tak samo zrobić z dwoma następnymi.
Gdy piekarnik się nagrzeje, na blaszkę w naszymi rulonami wlać wrzątek do około 1,5 cm wysokości i piec wędlinę 45-50 minut w kąpieli wodnej.
Wyjąć na kratkę kuchenną i wystudzić. Włożyć do lodówki i schłodzić przed podaniem.
Taką pasztetową można mrozić.


* ja mam swoje pewne źródło mięsa mielonego na jednym ze stoisk na Hali w Gdyni. Jeśli mięso mielone w mięsnym gdzie zwykle robicie zakupy, nie wzbudza Waszego zaufania, wtedy trzeba kupić 250 g karkówki, 250 g szynki wieprzowej i samemu zmielić w domu. 




piątek, 21 listopada 2014

Jak zrobić idealny rosół


Rosół nazwałabym jedną z najszlachetniejszych polskich zup. Jednak zbyt rzadko pojawia się na naszych stołach. Myślę, że jest mylona z bulionem, do którego jest łudząco podobna z wyglądu. Bulion, to nic innego, jak wywar na skrawkach mięsa, kościach i jarzynach, który można przygotować z tanich (co nie znaczy, że gorszej jakości) składników. Później zwykle używa się go jako bazę do zup i sosów. Często przelewamy go do mniejszych pojemniczków i mrozimy, by mieć zapas na później.
Rosół natomiast ... o rosole można by napisać poemat ... To wspomnienie babcinej kuchni, niedzielnych rodzinnych obiadów, ciepło rodzinnego domu. Rosół przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, bo jest to jedna z ulubionych zup polskich dzieci. Aby wyszedł nam idealnie (i nie był tylko bulionem), potrzebny nam będzie duży (6 litrowy) garnek i najlepsze składniki.
Poniżej znajduje się kilka wskazówek. Tak rosół gotuję ja, tak mnie nauczyła Mama.
- Rosół gotujemy na kurze (lub kurczaku) wiejskiej, naturalnie karmionej. Nie używajmy samych piersi drobiowych. Jeśli chcemy mieć zdrowy, esencjonalny rosół, musi on zawierać mięso z kością.
- Rosół gotujemy długo – nawet trzy godziny. Nie jest to tania zupa. Używamy najlepszych składników. Pamiętajmy jednak, że dobry rosół jest jak lekarstwo, wzmacnia organizm po chorobie, szczególnie po atybiotykoterapii, rozgrzewa, poprawia nastrój i jest doskonałym comfort food.
- Dobrze jest dodać szponder wołowy. Poprawia on nie tylko smak rosołu, ale również taki rosół jest zdrowszy. Zawiera więcej kolagenu, który korzystnie wpływa na nasze stawy. Jeśli już jesteśmy przy kolagenie, to warto wspomnieć, że kolagen lepiej się wchłania w towarzystwie witaminy C. Tak więc do rosołu dodajmy natkę pietruszki, bogatą w tą witaminę.
- Rosół, to pyszna zupa, jednak bardzo tłusta. Łatwo jednak pozbyć się zbędnego tłuszczu. Nie jest on nam potrzebny (zawsze trochę tłuszczu zostanie – akurat tyle, ile trzeba). Bez obawy, nie usuwamy smaku zupy wraz z tłuszczem. W celu pozbycia się tłuszczu, jeśli jest taka możliwość, przygotujmy rosół dzień wcześniej. Po ugotowaniu rosół przecedzamy do nowego garnka i studzimy. Wkładamy do lodówki i następnego dnia usuwamy cały biały tłuszcz zebrany na wierzchu zupy.
-  Mięso i warzywa wkładamy do miski, a nie z powrotem do rosołu. Sprawią one, że zupa zmętnieje i będzie wyglądać nieapetycznie. Wyjątkiem jest sytuacja, gdy wiemy, że rosół zjemy tego samego dnia.
- Rosół znakomicie sprawdza się w charakterze obiadu jednogarnkowego: po ugotowaniu obieramy mięso z kości, rozkładamy je na talerze, dodajemy warzywa ugotowane w rosole (jeśli lubimy) - marchewkę, pietruszkę, seler i pora, dodajemy porcję makaronu i całość zalewamy rosołem. Posypujemy natką pietruszki.
A teraz przepis na rosół. Oczywiście każda gospodyni ma swój przepis. Niektórzy lubią dodawać lubczyk, niektórzy dodają kawałek kapusty. Ale podstawowy przepis jest ten sam i tak właśnie ja przygotowuję rosół w swoim domu.

Rosół drobiowo – wołowy

pół wiejskiej kury
500 g szpondra wołowego
3 marchewki
2 pietruszki
pół selera korzeniowego
1 por (biała i zielona część)
1 cebula z łupiną
2 listki laurowe
6 ziarenek pieprzu
sól

Mięso włożyć do 6-litrowego garnka. Zalać wodą, zostawiając 5 -7 cm wolnego miejsca od górnej krawędzi garnka. Zagotować. Zmniejszyć moc palnika na minimalną i gotować mięso przez dwie godziny pod przykryciem. Rosół nie powinien mocno się gotować, gdyż zmętnieje. Zaglądać co jakiś czas i usuwać łyżką brązowe szumowiny. Po dwóch godzinach dołożyć umytą cebulę w łupinie (da piękny kolor), umyte obrane marchewki i pietruszki, obrany seler i por. Warzywa pokroić na kilka części. Dodać też przyprawy. Posolić zupę. W zależności od upodobań – ja daję na taką ilość zupy 1 płaską łyżkę soli i ewentualnie później dosalam. Zwiększyć moc palnika, aby zupa się zagotowała i ponownie zmniejszyć. Gotować 1 godzinę.
Gdy zupa wystygnie, należy ją przecedzić.
Odstawić w chłodne miejsce. Gdy tłuszcz wyraźnie zbierze się na górze, zebrać go z powierzchni używając łyżki.







czwartek, 20 listopada 2014

Babka śmietankowa (bez masła)


Wyznania znad deski do prasowania …
Kilka razy do roku, zwykle przed świętami lub gdy ktoś miał się u nas zatrzymać na kilka dni, mama wysyłała mnie do magla. Składała poszewki, ręczniki i obrusy w stosik, wszystko zawijała w duży ręcznik (zielony w białe wzorki – największy w domu) i spinała agrafką.
Ja brałam pakunek pod pachę i szłam na sąsiednie blokowisko do magla. Zwykle szłam najpierw po koleżankę, żeby umilić sobie drogę.
Na blokowisku za moją podstawówką, wśród betonowych, szaroburych wieżowców była mała oaza złożona z kilku domków jednorodzinnych otoczonych zielonymi płotami i ogródkami z ogromną ilością floksów i róż. Przy jednym z takich domów na drzwiach blaszanego garażu była przyczepiona tabliczka z napisem Magiel elektryczny.
Tam właśnie chodziłam zanieść pranie. Wchodziłam  do środka i wąchałam. Napawałam się zapachem maglowanej pościeli i prześcieradeł. Ten zapach przyciągał mnie jak magnes. Było w nim coś kojącego, babcinego. Coś, co przywołuję we wspomnieniach do dziś, gdy jest mi źle.
Interes prowadziło starsze małżeństwo. Pan maglował, a pani składała. Zgrany duet, zgrane ruchy. Czasami, gdy moje pranie robione było na poczekaniu, dostawałam cieplutki pakunek. I to lubiłam najbardziej!
Do magla nie chodzę już od bardzo dawna. Ale wciąż pamiętam ten zapach. W domu, jak nietrudno się domyśleć ;) magla nie mam, lecz prasuję i zapach temu towarzyszący kojarzy mi się z tamtym z dzieciństwa. Lubię prasować. To jedna z moich ulubionych prac domowych. Uspokaja niemal jak samo jak pieczenie chleba. Prasuję raz w tygodniu wszystko na raz, hurtem. I choćbym miała nie wiem jak ogromne hałdy wygniecionych ubrań i całej reszty, nie będę narzekać:) Rozkładam deskę, napełniam żelazko wodą, robię sobie kawę, włączam telewizor i prasuję. Wdycham zapach proszku, płynu do płukania i parującej wody mieszające się ze sobą tworząc cudnie pachnącą mieszankę.
Podczas ostatniej sesji prasowania, dodatkowo czas umilił mi kawałek babki. Zwykła – niezwykła babka. Niezwykła, bo bez grama masła, za to ze śmietaną kremówką zamiast niego. A zwykła, ponieważ to cały czas babka, wilgotna, o pysznym śmietankowo-waniliowym smaku. Podjadałam ją sobie między prasowaniem koszul  i ściereczek do naczyń.
Lubię prasować!

Babka śmietankowa (bez masła)
duża forma z kominkiem
przepis autorstwa Lauren Chattman

3 szkl. mąki
1 łyżka proszku do pieczenia
½ łyżeczki soli
6 dużych jajek
2 ¼ szkl. cukru ( oryginalnie było 2 ¾ )
1 łyżka ekstraktu waniliowego
2 szkl. śmietany kremówki (dałam 30%)

Piekarnik nagrzać do 175°C. Dużą formę z kominkiem wysmarować masłem i wysypać mąką.
Mąkę, proszek do pieczenia i sól przesiać do miski i odstawić.
W drugiej misce utrzeć na gęstą, białą masę jajka z cukrem. Wmieszać wanilię.
Zmniejszyć obroty miksera na minimum i dodawać na zmianę mąkę (w trzech częściach i śmietanę (w dwóch). Po każdym dodaniu mąki lub śmietany  krótko zmiksować, tylko do połączenia się składników. Przelać ciasto do formy i włożyć do nagrzanego piekarnika. Piec około 45 minut. Można sprawdzić patyczkiem, czy jest już upieczone. Jeśli ciasto zbyt szybko będzie się rumienić, przykryć je z góry luźno folią aluminiową.
Po upieczeniu zostawić na 15 minut i wyłożyć na kratkę do ostygnięcia.



środa, 19 listopada 2014

Pyszne ciastka z kleikiem ryżowym


Ciastka z kleikiem ryżowym koniecznie muszą znaleźć się tutaj w mojej wirtualnej książce kucharskiej. Delikatne, chrupiące z zewnątrz, lekko ciągnące w środku. Są wręcz doskonałe.
Nie wymagają pracy prawie wcale, nie potrzeba stolnicy, wałka ani mąki do podsypywania. Miska i łyżka wystarczą. Do zrobienia nawet na wakacjach, w wakacyjnej kuchni posiadającej piekarnik. Dodatkowym plusem są ich rustykalne kształty, nie do podrobienia na żadnej przemysłowej linii produkcyjnej.
Bardzo, bardzo polecam!!!
Aby były naprawdę delikatne, trzeba użyć pół na pół masła z margaryną. Ciasto miesza się w misce ręką lub łyżką, a później, za pomocą łyżki kładzie się porcje ciasta na blasze na papierze do pieczenia. Ciastka trzeba lekko spłaszczyć i piec 15 minut w gorącym piekarniku.
Jest to trochę zmieniony przeze mnie przepis autorstwa pani Krystyny Gierszewskiej.

Pyszne ciastka z kleikiem ryżowym
2 blachy ciastek

120 g średnio miękkiego masła
120 g margaryny
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (lub cukier waniliowy)
3 jajka
1 szkl. cukru pudru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 paczka kleiku ryżowego (użyłam Nestle - 160 g)


Piekarnik nagrzać do 180°C. Blachę wyłożyć papierem do pieczenia. Wszystkie składniki wymieszać razem w misce aż się dobrze połączą. Łyżką kłaść spłaszczone porcje ciasta na blasze w odległości 1 cm od siebie. Piec 15 minut.





wtorek, 18 listopada 2014

Babka z kardamonem i pomarańczą


Ta nieduża babeczka będzie w sam raz na deser po sobotnio-niedzielnym obiedzie dla trzech - czterech osób. Starcza akurat na dwa dni.
Pięknie pachnie kardamonem i startą skórką ze świeżej pomarańczy. Właśnie zaczyna się na nie sezon. Najbardziej lubię kupować pomarańcze na gdyńskiej Hali Targowej u mojego ulubionego sprzedawcy, który ma te pochodzące z Hiszpanii. Wolę je od pomarańczy z Włoch. A zapach dłoni, gdy ścieram na tarce z nich skórkę - bezcenny :)

Babka z kardamonem i pomarańczą

mała foremka babkowa

10 dkg cukru
3 jajka (żółtka i białka osobno)
10 dkg miękkiego masła
10 dkg mąki krupczatki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka startej skórki z pomarańczy
0/5 łyżeczki zmielonego kardamonu


Formę wysmarować masłem i wysypać bułką tartą. Żółtka z cukrem utrzeć na puszysty kogel-mogel. Dodawać partiami masło i utrzeć na gładką masę. Przesiać mąkę z proszkiem, dodać skórkę z pomarańczy i kardamon i utrzeć na najniższych obrotach miksera lub łyżką do połączenia się składników. Na końcu delikatnie wmieszać ubitą ze szczyptą soli pianę z białek. Ciasto przełożyć do foremki i piec około 40 min w temp. 175°C. Posypać cukrem pudrem.


poniedziałek, 17 listopada 2014

Pasta ze szprotek i zielonego groszku


Ta pasta rybna jest moją ulubioną. Połączenie wędzonych rybek i jajek ugotowanych na twardo po prostu uwielbiam. Pastę mieszam z majonezem, idealnie pasującym do jajek. Dodaję też zielony groszek, którego torebkę zawsze mam w zamrażarce.  
Do tej pasty najbardziej pasują znane wszystkim szprotki w prostokątnej puszce Winter sprats. Czasem zamieniam te szprotki na np. puszkę śledzi w sosie pomidorowym i pasta też jest wyśmienita :)

Pasta ze szprotek i zielonego groszku

200 g wędzonych szprotek
2 jajka ugotowane na twardo
3 płaskie łyżki majonezu
4 łyżki mrożonego, ugotowanego groszku
sól i słodka papryka do smaku

Usunąć głowy i ogony ze szprotek. Tak przygotowane szprotki wrzucić do pojemnika blendera, dodać jajka pokrojone na mniejsze części i majonez. Rozdrobnić na gładką masę. Do masy dodać groszek, przyprawy i wymieszać łyżką.  


niedziela, 16 listopada 2014

Najlepsze rogaliki drożdżowe


Moja lampa imitująca światło dzienne, której używam do doświetlania ciemnych jesiennych i zimowych zdjęć, wyzionęła ducha. A raczej, ktoś jej w tym pomógł. Choć sprawcy nie złapałam za rękę (a raczej za łapkę;)), jestem niemal pewna, że kabel przegryzła nasza kotka Mruczka, nasz domowy gryzaczek, która może się poszczycić imponują ilością przegryzionych kabli:)
Tak więc dzisiejsze zdjęcia rozjaśniłam ręcznie i wyglądają średnio, ale trudno …
Stwierdziłam, że opublikuję ten wpis, ponieważ zrobiłam ostatni bukiecik z naszych działkowych kwiatów i nie da się go już powtórzyć. Rogaliki owszem, można upiec jeszcze raz, ale kwiatów nie mamy już żadnych. Muszę czekać do przyszłego roku. Ścięłam ostatnie chryzantemy - żółte, drobne i jeden w kolorze bordo. Reszta jest jeszcze w pąkach i wątpię, czy zdążą się rozwinąć. Do bukieciku (bo w sumie jest nieduży) dodałam zasuszone kwiatostany i główki z nasionami, których mam pełno na rabatach.

Ostatni jesienny bukiet : chryzantemy żółte i bordowe, zasuszone główki czarnuszki, krwawnika i anemonów oraz gałązki trzmieliny.

Zapraszam na przepyszne, mięciutkie rogaliki drożdżowe, upieczone z przepisu niezawodnej Dorotki. Zamiast nadzienia twarogowego, dałam płatki róży w cukrze. Po oryginał z twarożkiem, odsyłam do autorki

Najlepsze rogaliki drożdżowe
Źródło przepisu na ciasto - Moje Wypieki
nadzienie - moje

Składniki na około 50 małych rogalików:

560 g mąki pszennej tortowej
10 g drożdży suchych lub 20 g drożdży świeżych
350 ml mleka
2 jajka
80 g masła, roztopionego
75 g cukru
pół łyżeczki soli

Nadzienie:
0,5 słoika płatków róży w cukrze

Dodatkowo:
1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka, do posmarowania przed pieczeniem
cukier puder do oprószenia

Mąkę pszenną wymieszać z suchymi drożdżami (ze świeżymi najpierw zrobić rozczyn* - drożdże wymieszać z 1 łyżką cukru, jak się rozpuszczą wlać 0,5 szkl. letniego mleka i 1  łyżkę mąki, wymieszać mątewką lub łyżką na gładką masę. Kubeczek przykryć ściereczką i odstawić na 15 20 minut do wyrośnięcia).
Do mąki z drożdżami (suchymi lub wyrośniętym rozczynem) dodać resztę składników i wyrobić, aby składniki się połączyły. Teraz dodać rozpuszczony tłuszcz. Wyrobić ciasto, odpowiednio długo, by było miękkie i elastyczne. Uformować z niego kulę, włożyć do oprószonej mąką miski, odstawić w ciepłe miejsce, przykryte ściereczką, do podwojenia objętości (około 1,5 godziny).

Przygotować 2 - 3 płaskie blachy - wyłożyć papierem do pieczenia (można pominąć, jeśli forma jest nieprzywieralna).

Wyrośnięcie ciasto krótko zagnieść, podzielić na 4 części. Każdą część rozwałkować na długi prostokąt o bokach około 18 x 35 cm. Kółkiem do krojenia pizzy lub ostrym nożem wycinać naprzemiennie trójkąty o krótkiej podstawie i długich bokach. U podstawy każdego trójkąta nakładać 3/4 do 1 łyżeczki róży w cukrze. Zwijać od podstawy w kierunku wierzchołka w taki sposób, by  koniec wierzchołka znalazł się pod spodem rogalika (w przeciwnym wypadku rogaliki będą rozwijały się podczas pieczenia).

Układać na blaszce, w sporych odległościach od siebie. Przykryć ręczniczkiem, pozostawić w cieple do czasu podwojenia objętości (około 30 minut).

Przed samym pieczeniem posmarować jajkiem roztrzepanym z 1 łyżką mleka.

Piec w temperaturze 190ºC przez około 13 - 15 minut lub do złotego koloru. Wyjąć, wystudzić na kratce. Po lekkim przestudzeniu oprószyć cukrem pudrem.

Metoda dla maszynistów:

Wszystkie składniki na ciasto umieścić w maszynie do chleba w kolejności: płynne, sypkie, na końcu drożdże. Nastawić program do wyrabiania i wyrastania ciasta 'dough' (około 1,5 h), po czym ciasto wyjąć, krótko wyrobić i dalej postępować wg powyższego przepisu.


* Składniki do rozczynu odejmujemy ze składników na ciasto drożdżowe w przepisie.


sobota, 15 listopada 2014

Mufinki bananowo-jabłkowo-marchewkowe


Gdy patrzę rano przez kuchenne okno, żeby zobaczyć jaka jest pogoda, widzę ubranych na sportowo ludzi uprawiających jogging. Biegną wzdłuż ulicy, po chodniku. Myślę sobie wtedy czy powinnam mieć wyrzuty sumienia, że nie dość, że nie biegam, to jeszcze zaparzam pyszną, pachnącą kawę i jem słodką mufinkę? Wyrzuty sumienia jakoś nigdy nie nadchodzą ... :)
Jak już pisałam nie raz, rano lubię zjeść coś słodkiego.
Jedną z największych zalet pracy w domu jest to, że mam możliwość delektowania się spokojnym śniadaniem. Zauważyłam, że gdy zacznę dzień bez pośpiechu, wszystko dalsze idzie jak z płatka. A gdy się spieszę już od rana, to później nic mi nie wychodzi.

Zapraszam dziś na mufinki, w których jest moje ulubione połączenie banan-marchewka-jabłko. To połączenie owoców jest też w sokach typu Kubuś, które uwielbiam!
Takie muffinki są świetne jako drugie śniadanie do szkoły lub do pracy.

A propos szkoły, to bywały dnie, kiedy piekłam raz po raz po 60 sztuk tych muffinek, aby zapracowane mamy mogły dać swoim dzieciom do szkolnej śniadaniówki coś słodkiego, lecz domowego. Zapach w kuchni - bezcenny :)

Mufinki bananowo-jabłkowo-marchewkowe
15 szt

2 szkl mąki
1 szkl cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
¼ łyżeczki soli
½ łyżeczki cynamonu
2 średniej wielkości (lub 1 duży) bardzo dojrzałe banany
1 jabłko
1 średnia marchewka
2 jajka
¼ szkl oleju

Mąkę, cukier, proszek, sodę, sól i cynamon wymieszać w misce. W drugiej misce rozgnieść banany, dodać starte na tarce obrane jabłko i startą marchewkę. Wbić jajka, dodać olej i wymieszać. Wsypać mokre składniki do miski z sypkimi i wymieszać łyżką tylko do połączenia się składników. Gęstą masę nakładać do papierowych foremek lub bezpośrednio do formy na muffinki, uprzednio wysmarowanej masłem i wysypanej mąką. Wkładać nie więcej niż do ¾ wysokości foremek.

Piec w temp. 180-190°C przez 20 min.



czwartek, 13 listopada 2014

Kotleciki z marchewki i ryżu


Niedawno kupiłam książkę The Farmer’s Wife. Comfort FoodCookbook. Wiedziałam, że to będzie książka dla mnie. Gdy na okładce widzę słowa comfort food, mogę kupić w ciemno. Przede wszystkim dla przepisów. Ale również po to, aby dowiedzieć się, co dla danego autora znaczy comfort food. Pod to oznaczenie można „podciągnąć” naprawdę dużo rzeczy. Dla jednych comfort food to będzie ciepła zupa, dla innych zimne lody. W zależności od tego jaki mamy nastrój i jakie jedzenie w danym momencie jest w stanie nas rozchmurzyć. Bardzo często comfort food jest związane z naszymi wspomnieniami z dzieciństwa. Pamiętamy jak gotowały mamy i babcie. Pamiętamy, jak w zimny, deszczowy dzień coś pysznie pachniało z piekarnika ... Chcemy te smaki i zapachy odtworzyć w swoich kuchniach i na chwilę powrócić do warkoczyków z kokardkami i białych podkolanówek.
Książka The Farmer’s Wife, to przepisy z młodości naszych babć. No, może nie całkiem naszych, tylko babć amerykańskich, ale fakt jest faktem - jest to zbiór przepisów z lat 1911-1939. Prostych dań z kilku składników.
W Stanach Zjednoczonych w tych latach ukazywał się miesięcznik poradnikowy dla pań The Farmers Wife. Oprócz działów poświęconych życiu farmerskiemu, posiadał strony o prowadzeniu domu i gotowaniu. Dania były proste, pożywne i mające magiczną moc przyciągania całej rodziny do stołu. W czasach wielkiego kryzysu posiłki musiały także być ekonomiczne.
Książka powstała z wybranych przepisów, które ukazywały się w tym magazynie. Większość z nich, to dania jednogarnkowe, rozgrzewające, roznoszące aromat na cały dom. Jest tu trochę sałatek i deserów, ale duża jej część to dania na ciepło.
Dziś wypróbowałam pierwszy z wielu zaznaczonych karteczkami przepisów. Datowany na styczeń 1933. To był nasz dzisiejszy obiad. W sam raz na deszczowy dzień!
P.S. Z serii The Farmers Wife, są jeszcze inne książki kucharskie – np. z przepisami na ciasta lub przetwory.

Kotleciki z marchewki i ryżu     
przepis z The Farmer’s Wife
8-9 szt.

1 szklanka ugotowanej i przetartej przez praskę do ziemniaków marchewki
2 szklanki ugotowanego ryżu
1 łyżka startej na tarce cebuli
½ łyżeczki przyprawy curry*
sól do smaku
1 jajko
bułka tarta do obtaczania kotlecików

Wszystkie składniki (oprócz bułki tartej) dobrze wymieszać w misce. Uformować kotleciki, obtoczyć w bułce tartej i usmażyć.


* w oryginalnym przepisie zamiast curry było ½ łyżeczki soli selerowej i szczypta papryki


wtorek, 11 listopada 2014

Ciasto korzenne


Szarość za oknem, zimno i nieodłączny parasol w torebce sprawiają, że coraz częściej sięgam po przyprawy, które zwykle dodaje się do pierników - cynamon, goździki, imbir … organizm sam się o nie dopomina.
Dzisiejsze ciasto korzenne jest tym właśnie, czego mi potrzeba o tej porze roku. Wspaniale jest zacząć dzień od kawy z przyprawą piernikową i ciasta korzennego, koniecznie posmarowanego nutellą.
To ciasto typu babkowego i jest pyszne samo w sobie, lecz gdy posmarujemy kawałek tego ciasta kremem czekoladowym, dżemem, twarożkiem lub bitą śmietaną, szybuje ono od razu o klasę wyżej :)
Właśnie takim ciastem z warstwą nutelli zaczynałam każdy dzień w zeszłym tygodniu :)
Polecam, bo naprawdę jest pyszne!

Ciasto korzenne
tortownica 24 cm
inspirowane przepisem autorstwa J. Ross

1 szkl. mleka
1 łyżka soku z cytryny
2,5 szkl. mąki tortowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
2 łyżeczki przyprawy do piernika
szczypta soli
170 g miękkiego masła
1,5 szklanki cukru
3 jajka
1 łyżka melasy (używam TAKIEJ)

Piekarnik nagrzać do 175°C.
Mleko zakwasić wlewając do niego sok z cytryny. Wymieszać i odstawić na kilka minut.
Tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia lub wysmarować masłem i wysypać bułką tartą.
Mąkę wsypać do miski, dodać proszek, sodę, przyprawę do piernika i sól. Wymieszać i odstawić.
Masło zmiksować z cukrem do białości. Dodawać stopniowo po jednym jajku cały czas miksując. Dodać melasę. Zmiksować.
Zmniejszyć obroty miksera do minimum i wsypywać mieszankę mączną w trzech ratach, na przemian z mlekiem, zaczynając i kończąc na mące. Za każdym razem zmiksować tylko do połączenia się składników.
Ciasto przelać do tortownicy i włożyć do nagrzanego piekarnika. Piec 45-50 minut, sprawdzić patyczkiem, czy jest już gotowe.
Studzić 10 minut w tortownicy, a później przełożyć na kratkę kuchenną i ostudzić do końca.
Podawać z nutellą, dżemem lub bitą śmietaną.




czwartek, 6 listopada 2014

Boeuf Strogonow (Stroganow)


Na dworze zimno, sypie śnieg i hula wiatr. Gosposia raz po raz spogląda w okno i kręci głową. Cieszy się, że zakupy zrobione i nigdzie nie trzeba wychodzić. Ogrzewa ręce nad kuchnią węglową.
Powolutku w pomieszczeniu zaczyna robić się cieplej. Słychać czyjeś kroki na korytarzu. Przychodzi jeden ksiądz, drugi, a trzeci po pewnym czasie, po skończeniu porannego nabożeństwa. Siadają przy drewnianym stole, piją herbatę z cytryną, jedzą jajecznicę ze szczypiorkiem zagryzając chrupiącymi bułeczkami.
Ale, że księża to też ludzie, jeden z nich już przy śniadaniu pyta:
- Pani Mario, co będzie dziś na obiad?
A pani Maria odpowiada jak gdyby nigdy nic:
- A co by ksiądz proboszcz sobie życzył? Bo dzisiaj to chyba będą tylko bagietki z masłem, no, ewentualnie kompot wiśniowy jak jeszcze znajdę jakiś w piwnicy.
Gosposia doskonale wie jakie danie „chodzi” za proboszczem od tygodnia, ale, że ma poczucie humoru, lubi się czasem trochę podroczyć. Ksiądz proboszcz nieco zbity z tropu, nie wie, czy gosposia mówi na serio, czy żartuje, bo jest przy tym śmiertelnie poważna.
- Ale pani Mario, może by tak coś konkretnego, bo czterech nas tu jest i nie możemy chodzić głodni...
- No to księże proboszczu pomyślę, może uda mi się coś znaleźć w spiżarni, ale nic nie obiecuję - mówi pani Maria robiąc nieco tajemniczą minę i już planuje w głowie pyszny obiad, ale nie powie o tym księdzu:)
Księża rozchodzą się do swoich zajęć, a gdy po południu wracają, już od progu wita ich cudowny zapach będący zapowiedzią pysznego obiadu. Pani Maria zrobiła księdzu proboszczowi niespodziankę i ugotowała jego ulubione danie, o którym nieustannie wspominał przez ostatni tydzień. Na stole, w białej wazie stoi boeuf stroganow, specjalność pewnej gosposi na pewnej plebanii. Bardzo daleko stąd. 

Sława tego Stroganowa doszła również do sióstr zakonnych, również bardzo daleko od Gdyni. A teraz rozsławiam to danie i ja. Niech idzie fama na cały świat jak pysznie potrafią gotować gosposie na plebaniach!*

Boeuf Strogonow (Stroganow)

1 kg polędwicy wołowej (może być też inna część, ja użyłam zrazówkę)
1 spora cebula
330 ml bulionu
2 łyżki koncentratu pomidorowego
2 łyżki musztardy (dałam Sarepską firmy Kamis)
500 g pieczarek
1 papryka czerwona
250 g ogórków kiszonych
sól
1 płaska łyżeczka słodkiej papryki
ostra papryka - do smaku
1 łyżka mąki i pół szklanki śmietany do zagęszczenia sosu


Mięso pokroić w kostkę i usmażyć na odrobinie dobrze rozgrzanego tłuszczu. Najlepiej smażyć na dwie tury, aby mięso dobrze się przyrumieniło. Pod koniec smażenia drugiej tury mięsa na patelnie dodać pokrojona w kostkę cebulę. Mięso przełożyć do garnka, wlać bulion, dodać przecier i musztardę. Garnek przykryć pokrywką i dusić mięso na małym ogniu aż będzie prawie miękkie. U mnie zajęło to 60 minut. W razie potrzeby podlewać bulionem lub wodą. W międzyczasie pokroić pieczarki w półplasterki, paprykę w paseczki i ogórki w kostkę (lub paseczki). Na patelni bez tłuszczu poddusić pieczarki, dodać paprykę i ogórki i chwilę razem dusić. Następnie zawartość patelni dołożyć do garnka z prawie miękkim mięsem, przyprawić i dusić do miękkości.
Mąkę wymieszać ze śmietaną i odrobiną sosu z mięsa i zagęścić sos. Zagotować. Podawać z pieczywem, makaronem lub kaszą.
Ja połowę porcji zamroziłam (bez zagęszczania sosu). Podana w przepisie mąka i śmietana do sosu przewidziana jest na całą porcję mięsa.


*Historyjka jest fikcyjna, ale przepis pochodzi naprawdę od znajomej zakonnicy, która dostała go z pewnej parafii.





Śledzie pieczone w sosie pomidorowym


Odkryłam nowy rynek. A raczej ryneczek, w porównaniu z gdyńską halą targową. Nie jest duży, tylko dwie alejki i cztery rzędy straganów, ale jest tam wszystko co trzeba oraz mydło i powidło - jak to na straganach bywa :)
Rynek jest dwa razy bliżej od mojego domu niż hala targowa, więc ostatnio tam właśnie robię zakupy. A mijałam go za każdym razem jadąc do centrum, tylko że wydawało mi się, że nie dostanę tam tego, co chcę. Myliłam się okrutnie :)
Od razu po wejściu na ryneczek, za stosem wiklinowych koszy i koszyczków dojrzałam ogonek ludzi, dłuższy niż gdziekolwiek indziej. Okazało się, że trafiłam w dziesiątkę już na samym wstępie! Młode małżeństwo mające gospodarstwo za Gdańskiem sprzedawało warzywa własnej produkcji. Mieli bardzo duży wybór lokalnych, świeżych warzyw. Oczywiście kupiłam wszystkiego po trochu. 
Tuż obok jest nieduży sklep rybny, gdzie poprosiłam sprzedawczynię, żeby wypatroszyła dla mnie kilo świeżych śledzi prosto z kutra. W międzyczasie poszłam do piekarni przy głównej ulicy, gdzie na zapleczu wypiekane jest pieczywo, a jego zapach niesie się po całej okolicy. Kupiłam świeże bułki na śniadanie, a wracając po ryby, po drodze dokupiłam jeszcze świeże jajka od baby.
Prawie siedem lat mieszkam niedaleko tego rynku, a czułam się jak nowy lokator odkrywający co rusz coś nowego w swojej okolicy:) Z zakupami na nadchodzące dni ruszyłam do domu przygotować pyszne śledzie w sosie pomidorowym. Do chleba. Domowa wersja rybek z puszki :)
Z gotowych, upieczonych śledzi wystarczy delikatnie wyjąć kręgosłupy, a jeśli komuś nie przeszkadzają pojedyncze pozostałe ości (zresztą bardzo drobne i miękkie) może je spokojnie zjeść, dostarczając sobie dodatkowo sporej dawki wapnia.
Zapraszam na śledzie ...

Śledzie pieczone w sosie pomidorowym
okrągłe naczynie żaroodporne około 22 cm

1 kg wypatroszonych świeżych śledzi (bez ogonów, głów i płetw)
500 g przecieru pomidorowego (passaty)
3 średnie cebule pokrojone w kostkę
3 ziela angielskie
1 listek laurowy
¼ szkl zwykłego octu
0,5 szkl. oleju
0,5 łyżeczki soli
1,5 łyżeczki cukru

Piekarnik nagrzać do 200 °C.
Przecier pomidorowy wraz z resztą składników (oprócz śledzi) umieścić w garnku i gotować na małym ogniu przez 15 minut.
W międzyczasie przygotować naczynie żaroodporne.
Gorącą zalewę rozprowadzić na dnie naczynia. Na to położyć pierwszą warstwę śledzi, polać częścią zalewy, znów śledzie i tak do końca, aż wykorzystamy wszystkie śledzie i zalewę. Pamiętajmy, aby zaczynać i kończyć na zalewie. Mnie wyszły trzy warstwy śledzi, pięć warstw zalewy.
Gotową potrawę od razu włożyć do gorącego piekarnika i piec 25 min. bez przykrycia.
Wyjąć z piekarnika, przykryć pokrywką i zostawić do ostygnięcia, a najlepiej do następnego dnia.
Takie śledzie można spokojnie przez tydzień trzymać w lodówce. Można również gorące zawekować w słoikach.




środa, 5 listopada 2014

Polędwiczki wieprzowe z pieczarkami i serem


Te polędwiczki, to jeden z hitów wszelkich przyjęć organizowanych u nas w domu. Jako, że  właśnie rozpoczynamy istny rodzinny maraton imieninowo-urodzinowy, który później płynnie przechodzi w Boże Narodzenie i Nowy Rok,  warto, żeby ten przepis pojawił się teraz tu na blogu. Na którymś uroczystym obiedzie u nas na pewno zagoszczą:)
Polędwiczki są bardzo delikatne, miękkie i soczyste. Proste do wykonania.
Poza tym łatwo nad nimi zapanować czasowo - trzeba je postawić na kuchence równo godzinę przed planowanym obiadem. Pieczarki do tego dania warto sobie przygotować rano, lub nawet poprzedniego dnia. Oczyścić, pokroić, włożyć do miseczki, przykryć folią i schować do lodówki.
Zapraszam na naprawdę pyszne danie!

Polędwiczki wieprzowe z pieczarkami i serem
6 większych lub 8 mniejszych porcji

2 polędwiczki wieprzowe (po 330 – 350 g każda)
1 duża cebula
400 g pieczarek (najlepiej małych)
100g żółtego sera w plastrach
sól, pieprz
kilka łyżek oleju

ponadto będziemy potrzebować dwie patelnie - jedną z pokrywką, a drugą bez pokrywki

1. Pieczarki umyć, obrać i pokroić na ćwiartki. Jeśli pieczarki są duże - pokroić w plasterki. Cebulę pokroić w półplasterki.
Polędwiczki oczyścić z białych błon i pokroić na plastry grubości 1 cm.

2. Na patelni z pokrywką rozgrzać 1 łyżkę oleju i poukładać plastry mięsa ciasno jeden obok  drugiego. Oprószyć solą i pieprzem i usmażyć na rumiano z obu stron.

3. W międzyczasie na drugą patelnię wlać 1 łyżkę oleju i nie czekając aż się olej rozgrzeje wrzucić cebulę i przez chwilę ją poddusić. Następnie dodać pieczarki i dusić aż wyparuje cała woda. Przyprawić solą i pieprzem.


4. Usmażone mięso przykryć równomiernie pieczarkami z cebulą i dusić pod przykryciem na małym ogniu ok. 50 min. Jak trzeba, podlać odrobiną wody. Po tym czasie całość obłożyć plastrami sera, przykryć i gotować jeszcze na 5 min. Gotowe! Podawać z ryżem basmati.



poniedziałek, 3 listopada 2014

Szarlotka z kaszą manną


Pewnego dnia, dawno temu, dostałam całą stertę kolorowych czasopism Kuchnia oraz Burda z lat dziewięćdziesiątych. Siedząc na podłodze, zmniejszyłam tą stertę do rozmiarów pękatej kartonowej teczki, pełnej powyrywanych kartek z ciekawymi przepisami.
Choć było to dobrych kilkanaście lat temu, wciąż lubię wieczorami usiąść i przeglądać te wycinki. Rzadko korzystam z tych przepisów, wolę je oglądać, ale jest jeden, dla którego zrobiłam wyjątek. To właśnie ta szarlotka. Pierwszy raz upiekłam ją z myślą o moim synku, gdy był jeszcze mały i wszystko, co miało w składzie kaszkę manną kojarzyło mi się z małymi dziećmi. Od czasu do czasu wracam do tego przepisu. Niedawno upiekłam ją znów, mając do dyspozycji kilka wiader świeżutkich jabłek prosto z drzewa :) Wyszła pyszna - jak zawsze :) Smakuje wspaniale zarówno gorąca, ledwie wyjęta z piekarnika, jak też na drugi dzień, gdy się „przegryzie”. Polecam!

Szarlotka z kaszą manną
tortownica 24 cm

1 szkl. mąki
1 szkl. kaszy mannej
1 szkl. cukru (ja daję 3/4 szklanki)
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cukru waniliowego
100 g zimnego masła
1 kg jabłek (waga po obraniu i usunięciu gniazd nasiennych)
cukier puder do posypania

Jabłka zetrzeć na tarce o dużych otworach.
Tortownicę szczodrze wysmarować masłem.
Piekarnik nagrzać do 180°C.
Mąkę wymieszać z kaszą manną, cukrem zwykłym i waniliowym oraz proszkiem do pieczenia. Na dno tortownicy wsypać kilka łyżek sypkiej mieszanki, rozprowadzić po całym dnie. Na to kilka łyżek utartych jabłek. Następnie kolejne warstwy suchych składników i jabłek. Ostatnią warstwę musi stanowić sypka mieszanka. Na górze ułożyć równomiernie cienkie płatki masła pokrojone np. obieraczką do warzyw.
Szarlotkę wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 50-60 minut.

Wystudzić i posypać cukrem pudrem.




niedziela, 2 listopada 2014

Jesienne sadzenie czosnku


 Teraz jest najlepsza pora na sadzenie czosnku. Posadzony jesienią odwdzięczy się nam dużymi główkami, a poza tym będziemy mieli o jedną robotę mniej na wiosnę :)
Kilka tygodni temu zamówiłam TUTAJ czosnek, polską doskonałą odmianę Harnaś. Czekając na przesyłkę, przygotowaną na czosnek grządkę wzbogaciłam dobrą ziemią z worka (własny kompost będzie gotowy dopiero na wiosnę) i wyrównałam grabiami. Czosnek lubi żyzną glebę, lecz źle na niego wpływa świeży obornik.
Piękne, duże główki czosnku podzieliłam na ząbki, wybrałam największe z nich i posadziłam do ziemi. Równą linię poprowadziłam przy pomocy deski. Drewnianym kołkiem zrobiłam rowek na tyle głęboki, żeby wierzchołek czosnku był przykryty 5 cm. warstwą ziemi. Ząbki kładłam pionowo na dnie rowka w odstępach co 10 cm. Drugi rząd czosnku posadziłam w odległości 30 cm od pierwszego. Gotowe rowki z czosnkiem w środku przykryłam ziemią i całość podlałam.



Dzień był tak cudny, że zdążyłam jeszcze przekopać całe poletko z wyznaczonymi zagonami warzywnymi, a nawet posiałam trawę w miejscu po usuniętej grupie poziomek. Teren z wysianą trawą przykryłam agrowłókniną. Za tydzień zajrzę pod spód, czy już kiełkuje :)


Na koniec zdjęcie żółtej chryzantemy, która wreszcie się otworzyła, a dwie następne mają już wielkie pąki. Jak zdążą się otworzyć przed mrozami, to je ustrzelę i Wam pokażę :)